Blog Amatorskich Rozgrywek. Gdzie grają ligi, co nowego w portalu, ciekawostki.


O meczach reprezentacji z perspektywy czasu

Opublikowany w Prawdziwa piłka ;) - autor: playarena w dniu 7 Kwiecień 2011

Napisałem ten tekst zaraz po ostatnich meczach reprezentacji, ale coś mi w nim nie pasowało, z opisywania chaosu wyszedł jeszcze większy chaos i tekst powędrował do szuflady. Jednak z biegiem czasu, im dłużej przyglądałem się atmosferze wokół naszej reprezentacji, doszedłem do wniosku, że to co obserwuję to po prostu rzeczywistość. Czarę goryczy przelała wypowiedź Franciszka Smudy dotycząca domniemanej seksafery w kadrze, ale o tym na koniec. Póki co samo podsumowanie obu meczów, napisane dzień po spotkaniu z Grecją:

 

Dwa kolejne mecze polskiej kadry za nami i po raz kolejny mieliśmy okazję zobaczyć z jaką radością i łatwością wszelkiej maści znawcy wylewają wiadro pomyj na naszą reprezentację. Po meczu z Litwą wszystkie psy zerwały się z łańcucha, całkiem zresztą słusznie, ale nie popieram ich entuzjazmu. Mecz z Grecją z kolei założył szczekaczom kaganiec, ale wiele optymizmu malkontentom nie przyniósł. W polskim bagienku więc bez zmian, ale chyba da się w powietrzu wyczuć delikatny powiew zmiany na lepsze.

Na wstępie należy jednak zadać pytanie czy niektórych kibiców i znawców polskiego futbolu da się w ogóle zadowolić. Czasem przyglądając się atmosferze wokół przygotowań naszej reprezentacji do Euro 2012 mam wrażenie, że Franciszek Smuda nie dostał roli selekcjonera, który ma przygotować drużynę do najważniejszego w jej historii (tu bym dyskutował) turnieju czy przypadkiem nie otrzymał etatu sapera w Afganistanie. Czego piłkarze Smudy nie zrobią – jest źle. Szkoda, że nikt nie widzi, że ciągła krytyka tylko naszym piłkarzom pęta nogi, ale niestety – większości przecież kultury nie nauczę. Wczoraj być widać gołym okiem, że w sytuacjach podbramkowych naszym brakowało luzu, wiele rzeczy chcieli zrobić na siłę i za wszelką cenę, bo dziennikarzyny znowu będą odliczać minuty i godziny bez goli.

Mecz z Litwą przegraliśmy z kretesem, ale po tym spotkaniu byłem mimo wszystko optymistycznie nastawiony. W ofensywie nasza gra nie wyglądała aż tak źle, natomiast – jak zwykle – tragedia działa się w bloku obronnym. Na całe szczęście Franciszek Smuda poszedł po rozum do głowy i zrezygnował – miejmy nadzieję – na dłuższy czas z usług Kamila Glika, który w Serie A ma podobną średnią błędów na mecz, co w reprezentacji. Pomysłem wziętym z kosmosu okazał się również Sebastian Małkowski, ale to chyba i tak lepsze rozwiązanie niż Wojciech Kaczmarek. Za dobór personalny i ustawienie bloku defensywnego Smudzie należy się dwója, ale to, że popularny Franz wybitnym specjalistą od taktyki i gry defensywnej nie jest wiemy nie od dziś. Ale to wcale nie usprawiedliwia go, jeżeli w obronie wystawia patałachów.

Jak już jesteśmy przy patałachach – reprezentacyjną karierę zakończył Michał Żewłakow i powinniśmy być wdzięczni niebiosom za ten dar, bo dzięki tej decyzji doznaliśmy momentalnego wzmocnienia bloku defensywnego. To jak wyglądała gra bloku obronnego „Żewłakow + ktoś młody zdolny, kto będzie za starego biegał” mieliśmy okazję widzieć przez całą kadencję Smudy i kawał kadencji Beenhakkera. Po raz ostatni mogliśmy nacieszyć oczy statycznością Żewłaka oglądając bezpośrednią relację z Pireusu, za którą wybitny reprezentant Polski nie bardzo nadążał, czemu dał wyraz w 41. minucie spotkania. Na tle Żewłakowa w meczu z Grecją i Glika w meczu z Litwą świetnie wypadł wiecznie popełniający błędy Głowacki, a to już o czymś świadczy. Co do reszty obrony – zaskoczył mnie bardzo pozytywnie Maciej Sadlok, który już w meczu z Grecją odnajdował się nawet w akcjach ofensywnych (a przecież to urodzony stoper) i, o zgrozo, częściej atakował niż Łukasz Piszczek. Były napastnik. Kiedy przypominałem sobie ten fakt i łączyłem z wczorajszą grą (ponoć) asa z Dortmundu, to łapałem się za głowę, bo gra w ofensywie Piszczka ograniczała się do dalekich wybić. Ale przecież nie można mieć wszystkiego, skoro raz w roku budzi się Sadlok, to się Piszczkowi może przysnąć.

Widać, że długi sen zimowy nie służy Rafałowi Murawskiemu, który na zimę zbudował spory zapas wagowy i żal mu się z nim rozstawać. A z takim balastem wiadomo – biegać się nie chce, a jak już się biegnie to szybciej z górki niż pod górkę. Biedny Murawski w obu meczach miał niestety pod górkę i dopóki jakoś się nie ogarnie, powinien zapomnieć o meczach w reprezentacji i pewnie o jedzeniu w swoich ulubionych kanjpach. Na szczęście miał równie drewnianego kolegę w postaci Dariusza Dudki, o którego mógł się oprzeć, gdy dopadła go zadyszka. Na całe szczęście Dudka w obu spotkaniach przyjął wariant ekonomiczny – co prawda niczego nie spartolił, ale jakiegoś wybitnego podania do przodu też nie można mu przypisać.

Z tych którzy wyszli na minus dodałbym jeszcze Ludovica Obraniaka, który stał się Polakiem w stu procentach – to znaczy gra wolno i przewidywalnie i nawet grzeje ławę w klubie jak Polak. Ludo – jesteś swój chłop, naprawdę. Na swoim poziomie głupoty pomimo transferu na saksy pozostał także Sławomir Peszko, który prawie dokonał sztuki niemożliwej i meczu towarzyskim zarobił czerwoną kartkę i zanotował rekordową liczbę strat.

Do pozytywów marcowej eskapady na pewno można zaliczyć grę do przodu – nawet w meczu z Litwą mieliśmy sytuację, ale powinniśmy się również przyzwyczaić, że mamy w ataku Roberta Lewandowskiego, który snajperem nigdy nie będzie. Lewandowski ma to do siebie, że jest świetnym napastnikiem, podejmuje niekonwencjonalne decyzje i umie sobie tworzyć sytuację, ale właśnie dzięki tym przymiotom nie jest i nie będzie snajperem, bo to się zazwyczaj wyklucza. Istnieje po prostu taki typ napastnika, który ciężko scharakteryzować – wystarczy sobie przypomnieć kilka goli Lewego dla reprezentacji zdobytych z dystansu. Ot, po prostu Inzaghi czy Frankowski z niego nie będzie, stąd tak klasycznie zmarnowane sytuacje, jak choćby ta w meczu z Grecją, kiedy mając przed sobą tylko bramkarza kolejny as z Dortmundu nie wiedział co zrobić.

Plusem jest to, że te sytuacje Lewandowski miał, więc umiał je sobie stworzyć albo – co jeszcze lepsze – ktoś je umiał stworzyć. O ile w Kownie Jakub Błaszczykowski był cieniem samego siebie, to już w Pireusie przeszedł cudowną metamorfozę i grał jak za najlepszych lat. Jako nieporozumienie traktuję grę wspomnianego już Peszki, obecność Michała Kucharczyka czy Rogera, ale przynajmniej chłopaki Grecję zwiedzili – chociaż polski Brazylijczyk ma to na co dzień. Franciszek Smuda powinien przestać bawić się w jednoosobowe biuro podróży, a zacząć sprawdzać piłkarzy z prawdziwego zdarzenia. Strzałem w dziesiątkę okazał się Sandomierski i chyba na grupie z nim, Fabiańskim, Szczęsnym i Tytoniem należałoby zamknąć rozdział pod tytułem „Łapanka na bramkarza”.

Za dużo w grze, selekcji i atmosferze wokół kadry bałaganu, ale jeżeli porówna się to wszystko z początkami kadry Smudy, zaczyna to mieć ręce i nogi. Wydaje mi się, że z tego chaosu powoli zaczyna się coś rodzić, a nie należę raczej do niepoprawnych optymistów. Uważam, że marcowy sprawdzian reprezentacja Polski zdała. Zabrakło nam zwycięstwa z Grecją, a było ono dosłownie na wyciągnięcie ręki, może nawet mieliśmy odrobinę pecha. Na zakończenie powtórzę to co tłukę od jakiegoś czasu – to są mecze towarzyskie, szczęście i wyniki musimy mieć w czerwcu 2012 roku.

 

Od napisania tego tekstu niewiele zdążyło się zmienić – mogłem się tylko utwierdzić w przekonaniu, że w reprezentacji mamy zwyczajny… burdel, w pełnym tego słowa znaczeniu zresztą. Michał Żewłakow biega po redakcjach i opowiada jak mu przykro, że Smuda nie powiedział mu wprost, że go nie lubi. Facet zostaje wyrzucony z reprezentacji kilka miesięcy wcześniej za (po raz kolejny kluczowe słowo – domniemane) pijaństwo w samolocie i teraz ciężko zastanawia się nad tym, dlaczego Smuda nie chce mu powiedzieć wprost o co mu chodzi. Taki facet jak Smuda rzadko kiedy mówi co ma na myśli. Po pierwsze nie lubi tego robić, a po drugie nie umie tego robić, wystarczy posłuchać wypowiedzi naszego selekcjonera, żeby dojść do wniosku, że tytanem języka polskiego nie jest. Ale Żewłakow sam sobie nagrabił i powinien być wdzięczny, że mógł ostatni mecz w reprezentacji zagrać i to z niejaką pompą. W mojej opinii i tak był w obecnej formie dla reprezentacji balastem.

Druga sprawa, to wspomniany już chaos panujący w kadrze. Pomijam wszelkie niesnaski i konflikty, bo je widać gołym okiem. I widać również to, że Smuda nad niczym nie panuje. Szczytem jest próba krycia piłkarzy i ich wypadu na panienki na zgrupowaniu. Raz nawet nasz kochany Franz wymyślił, że piłkarze zarezerwowali pokój w hotelu, bo mieli oglądać w nim przywiezione przez handlarza dresy czy Bóg wie jeden co. Mogli sobie nawet oglądać uran w termosie, ale dlaczego do ciężkiej cholery w kilka osób wynajmowali w tym celu pokój hotelowy?! Od razu przypomniała mi się scena z kultowego polskiego filmu. Piłkarze mogli oglądać właśnie afgańskie futro, a Bronisław Pawlik to wypisz-wymaluj Franicszek Smuda w tej scenie. Z całym szacunkiem dla Pawlika. Parafrazując afgańskiego handlowca: “Ten piłkarz przyszedł z tą panią i właśnie z nią wychodzi”.

Jak kłamać to już przekonująco, panie trenerze. Dzisiaj Franciszek Smuda powiedział, żeby nas ostatecznie przekonać, że przeprowadził dochodzenie, był w hotelu i rozmawiał z “tą derektor” i “żadnych dup nie było”. Oj, Franiu, Franiu. Może i gra JAKOŚ wygląda, ale burdel to my mamy w kadrze niesamowity…

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.