Blog Amatorskich Rozgrywek. Gdzie grają ligi, co nowego w portalu, ciekawostki.


Kolejny zwiastun filmu

Opublikowany w MŚ RPA 2010 - autor: playarena w dniu 27 Lipiec 2010

Po wielu nieprzespanych nocach, możemy oddać w Wasze ręce kolejny zwiastun relacji z Playarena CUP 2010. Zachęcam do rozsyłania filmu znajomym, wrzucania go na fora dyskusyjne albo używania go w różne inne sposoby. Ale przede wszystkim – oglądnijcie go na naszym kanale YouTube.

A w ramach ciekawostki również radosna twórczość piłkarzy Ungmennafelagid Stjarnan Gardabaer.

Po Mundialu

Opublikowany w MŚ RPA 2010 - autor: playarena w dniu 12 Lipiec 2010

Skończyło się. Najprzyjemniejszy miesiąc w życiu kibica dobiegł końca. Nie miał nawet tak negatywnych skutków, bo doczekałem się tylko jednej poprawki, paru dni wyjętych z życia i około miliarda nieodebranych telefonów.

Mistrzem zostali Hiszpanie, a gwiazdą finału Andres Iniesta. Piłkarz Barcelony to bodajże najbardziej niedoceniony genialny piłkarz na świecie. Być może gol w finale finałów sprawi, że wreszcie pseudoeksperci zaczną doceniać jego klasę, a nie marnych Messiego, Pedro i dosyć blado prezentującego się na tym Mundialu Xaviego (chociaż Xavi to jednak piłkarz pełną gębą). Iniesta podobno strasznie się przewracał i wymuszał faule w trakcie finału – ba, nawet raz zupełnie szczerze powinien dostać czerwoną kartkę (szturchnięcie van Bommela), a asowi Barcy zupełnie się upiekło. Howard Webb nie ośmielił się nawet dać Inieście żółtka, jakby przeczuwając, że parę minut później nastąpi szaleńczy atak radości i Katalończyk ściągnie koszulkę. Czy bohaterowi wypadałoby za radość wobec tego wręczyć czerwień? Chyba nie, ale angielski arbiter kartki rozdawał nader chętnie w meczu finałowym.

Inna sprawa, że finał był ostry, momentami brutalny, ale na pewno nie brzydki. Wszystkim marudom, którzy mówią, że Mundial był w ogóle najgorszy na świecie i nic się nie podobało, mecze były nudne, w Afryce było zimno, a wuwuzele rozerwały im błony bębenkowe powiem krótko – było nie oglądać. Mistrzostwa świata w piłce nożnej są świętem, które zdarza się raz na cztery lata i choćby z samego faktu trzeba na nie czekać z wielkim utęsknieniem. Taka już marudna natura Polaków, że jak Mikołaj przyniesie złe prezenty, to jest be. A Mundial wcale nie był be – przeciwnie! Na tych mistrzostwach było tyle niesamowitych zwrotów akcji, że tylko ośmiornica mogła przewidzieć przebieg meczów.

I zaiste, urodzona w Anglii ośmiornica (ośmiornic?) Paul nie był pomylił się w finałowym typowaniu. A pomylić się powinien, bo Holendrzy sytuacji mieli więcej i w wielu momentach dominowali nad Hiszpanami. Arjenowi Robbenowi niewykorzystane sytuacje będą śniły się po nocach i całkiem słusznie, bo gdyby nie jego indolencja strzelecka Oranje byliby mistrzami świata. W naturze Holendrów jednak jest to, żeby przegrywać, w szczególności z Niemcami. Niemcami wieczoru zostali Hiszpanie – będąc słabszymi wcisnęli gola praktycznie z niczego i pozbawili złudzeń dzielnych Holendrów, których lider został całkowicie przyćmiony. Ile Wesleyowi Sneijderowi brakuje do bycia piłkarzem światowej klasy pokazało porównanie z Iniestą.

Jest jeszcze jeden smaczek – wobec sytuacji politycznej w Hiszpanii, ciekawe byłoby krótkie zadanie myślowe. Jak na Mundialu wypadłyby reprezentacje Hiszpanii i Katalonii? Wczoraj wszyscy dziennikarze podkreślali, że Hiszpanie są jednością, ale dzisiaj już nawet mieszkańcy Barcelony wytrzeźwieli i pewnie średnio pamiętają o takich paskudnych słowach.

To był wspaniały Mundial i jego echa pewnie jeszcze będą pobrzmiewać na tym blogu parę dni, ale najwyższy czas wrócić do rzeczywistości – bezmundialowej, a więc szarej i smutnej. Jak ktoś może twierdzić, że mistrzostwa świata były do niczego?

Po i przed

Opublikowany w MŚ RPA 2010 - autor: playarena w dniu 7 Lipiec 2010

Pierwszym finalistą Mistrzostw Świata w RPA został zespół Holandii, który skarcił wymęczony Urugwaj. Przez długie fragmenty gra była wyrównana, ale znowu błysnął duet Sneijder i Robben, a do tego strzał życia zaliczył Giovanni van Bronckhorst, strzelając tym samym jedną z piękniejszych bramek Mundialu. Bramkę, która przeniosła Oranje do krainy marzeń.

W mojej głowie utarło się jakoś tak, że zazwyczaj kibicuję słabszym i wczoraj padło na Urugwaj. Do samego końca miałem nadzieję i chyba zachowałem ją nawet dłużej niż Oscar Tabarez, bo trener Urusów już na 10 minut przed końcem ściągnął z boiska Diego Forlana. Koledzy (nowego) Boskiego Diego zdołali wcisnąć Holendrom jeszcze jedną bramkę, ale tylko na tyle im starczyło sił.

Urugwaj zagra o trzecie miejsce i oczywiście zgodnie ze statystykami ten mecz przegra. Z kim ten mecz rozegra?

Człowiek operujący w kategoriach zdrowego rozsądku odpowie “Niemcy rozjadą tych słabych Hiszpanów”, natomiast człowiek operujący w kategoriach najzdrowszego z rozsądków odpowie “mam nadzieję, że Niemcy dostaną lanie, nieważne od kogo”. Ale ja się z tym nie zgadzam – nasi sąsiedzi grają futbol dynamiczny, oparty na pracowitośćci- na swój germański sposób piękny. Natomiast nijak nie leży mi styl Hiszpanów, którzy wymieniają miliard podań, a dowcip koniec końców polega tylko na tym, żeby piłkę dostał Villa i dalej jakoś to będzie… Niemcy już jednych takich na tym Mundialu dostali i skończyło się czwórką. Naprawdę, ze względu na piękno piłki (o zgrozo!) kibicuję w tym finale bardziej Niemcom niż grającym po niemiecku Hiszpanom.

Jest jeszcze jedna sprawa – Hiszpanie i Niemcy mają porachunki, dokładnie sprzed dwóch lat. W finale kontynentalnego czempionatu udało się wygrać podopiecznym Luis Aragonesa. Ale Luisa Aragonesa już nie ma i Hiszpania gra zupełnie inaczej, bo wtedy to właśnie piłkarze z Półwyspu Iberyjskiego byli bitym faworytem finału. Teraz role nieco się odwróciły, bo nikt im nie daje szans. Warto też dodać, że rewanże w futbolu reprezentacyjnym na takim szczeblu zazwyczaj się udają, dlatego dosłownie wszystko jest po stronie Niemców. Tak jak mówił Gary Lineker – ostatecznie i tak zawsze wygrywają Niemcy.

Jak to wygląda w statystykach? Otóż, Hiszpanie, proszę szanownej wycieczki, nigdy nie zaszli tak daleko! Raz w życiu, w roku 1950 skończyli Mundial na miejscu czwartym, ale jakie tam panowały zasady pisałem w poprzednim poście – zwycięzcę wyłoniły mecze grupowe. Największymi osiągnięciami La Roja były dotychczas bilety lotnicze kupowane po ćwierćfinałach. Niemcy są za to w obecnych fazach obyci – siedmiokrotnie przechodzili je zwycięsko (3 tytuły mistrza świata i 4 srebrne medale. 4 razy Niemcom półfinału się wygrać nie udało, za to później niemal zawsze zdobywali brązowy medal – raz tylko nie dali rady w Francji w roku 1958. Tak więc sprawa jest dosyć prosta – Hiszpanie skoro dokonali już i tak rzeczy historycznej, to bez wątpienia mogą tę passę podtrzymać. Za to niemiecka maszyna do strzelania goli ma się dobrze i na przestrzeni historii jest nie do zdarcia, więc jest bitym faworytem. W przypadku Niemców nie ma mowy o żadnej analogii – oni po prostu zawsze na mistrzostwach radzili sobie świetnie i chyba najwyższy czas, żeby się odkuć – u siebie nie dali rady Włochom (3. miejsce), za to w Azji przegrali z Brazylią w finale.

A może to jest moment cudownego przebudzenia Hiszpanów?

Przed meczem Holandia-Urugwaj

Opublikowany w MŚ RPA 2010 - autor: playarena w dniu 6 Lipiec 2010

Kto przed mistrzostwami spodziewałby się takiego zestawu w półfinale? Biorąc pod uwagę drabinkę turniejową, Holendrzy powinni już dawno wrócić tam skąd pochodzą Holendrzy i oglądać Mundial w telewizji czy też na czymś, na czym Mundiale oglądają Holendrzy (Holandia to dziwny kraj). A oni jednak bawią się w najlepsze i wszystko wskazuje na to, że tegoroczne mistrzostwa zawojują.

Teraz będzie nudno, bo nieco o statystykach. Holendrzy po raz czwarty docierają do fazy medalowej. I tu pierwsza ciekawostka: o ile zawsze szło im dobrze po drodze, o tyle mistrzostw nigdy nie zakończyli triumfem. Kiedy pierwszy raz doszli do finału w 1974 roku, przegrali w nim z Niemcami. Niewykluczone, że ten scenariusz powtórzy się za parę dni, bo zarówno Holendrzy i Niemcy są bitymi faworytami swoich półfinałów.

Ale wszyscy wiemy jaki ciężki los mają faworyci na tych mistrzostwach.

Cztery lata później Pomarańczowi ponownie doszli do finału, jednak polegli po raz kolejny, tym razem z Argentyną. Na pocieszenie można Holendrom powiedzieć, że na Albicelestes nie trafią, bo… ich rozjechali Niemcy. W czasach nam bliższych Holendrzy doczołgali się do czwartego miejsca. W półfinale po pamiętnym meczu z Brazylią przegrali w karnych, a potem zostali pokonani przez rewelację turnieju, czyli Chorwatów.

Ile jest tu analogii? Ano całkiem sporo. Holendrzy mogą zostać pokonani przez inną rewelację, czyli Urugwaj. Natomiast jeżeli tę rewelację przejdą, to mogą po raz kolejny zakończyć Mundial porażką, bo w finale będzie czekał mocny przeciwnik. A może w tym roku los się w końcu dla Holendrów okaże łaskawy? Statystyka jednak jest nieubłagana.

Historia jest o wiele bardziej łaskawa dla Urusów, bo ci sięgali po mistrzostwo dwukrotnie, ale jeszcze w czasach, kiedy ogień był takim samym wynalazkiem jak obecnie energia atomowa. Rok 1930 i 1950 to lata triumfu urugwajskiej piłki. Można do tego doliczyć dwa czwarte miejsca, a poza tym – posucha. Urugwajczykom z reguły albo nie udawało się awansować na Mundial, albo wyjść z grupy. Skoro więc przeskoczyli pewną barierę, nie jest wykluczone, że pójdą na całość.

Urugwajczycy tylko raz triumfowali i dwa razy schodzili pokonani w meczach półfinałowych. Gdzie podział się jeszcze jeden? W roku 1950 faza finałowa Mundialu była rozgrywana w grupie – przedostatnim przeciwnikiem Urugwajczyków byli Szwedzi, których późniejsi triumfatorzy mistrzostw pokonali.

Jeżeli Urugwajczycy awansują do finału, to muszą wygrać – tak pokazuje historia. Ciekawostką jest to, że w 1970 roku, kiedy po półfinale odpali z Brazylią (późniejszym triumfatorem), w ostatnim meczu grali z reprezentacją RFN. Tak więc, równie dobrze może się nam trafić taki zestaw finałowy, zamiast tak zwanego małego finału. Czy wtedy historia się powtórzy?

W jedynej dotychczasowej potyczce na Mundialu reprezentacje Holandii i Urugwaju zwycięstwo odnieśli ci pierwsi. Było to w roku 1974. Holendrzy dotarli aż do finału, gdzie ulegli… Niemcom. Warto zaznaczyć, że wtedy Oranje również mieli na rozkładzie Brazylię (zwycięstwo 2:0), która po drugiej fazie grupowej ostatecznie awansowała jedynie do małego finału i grała z Polską.

Historia więc może się powtórzyć. Pytanie tylko… która?

P.S. Prowadzimy kolejną akcję promocyjną na Facebooku. Możecie dodawać swoje zdjęcia u nas na ścianie. ;)

Ćwierćfinały za nami – boski Schweini

Opublikowany w MŚ RPA 2010 - autor: playarena w dniu 5 Lipiec 2010

Cztery kolejne mecze za nami. Działo się wiele, emocji było sporo, a wielcy faworyci już zdążyli wykupić bilety powrotne do domu.

Pierwsza płakała Brazylia. Po dramatycznym boju Canarinhos musieli uznać wyższość… głupoty nad piłką. Po raz kolejny popis niefrasobliwości i temperamentu dał Felipe Melo – najpierw uparł się, żeby przeszkodzić Julio Cesarowi w interwencji, a potem zdecydował się przespacerować po brzuchu Arjena Robbena. Jak kosztowny był to spacer widział cały świat. Cały świat widział również, że dwa gole Brazylijczykom strzelił Wesley Sneijder – niechciany w Realu piłkarz wyrasta na gwiazdę światowego formatu na Mundialu. Holendrzy po jego wodzą zagrali pragmatycznie, skutecznie, ale należy oddać Brazylijczykom to, że było w ich grze za dużo radości. Kiedy prowadzili, uznali najwidoczniej, że jest to dobry moment, żeby wyrwać się z taktycznych łańcuchów Dungi. Wszyscy wiemy jak kończą istoty spuszczone z łańcucha…

A potem było jeszcze więcej emocji. Co prawda starczyłoby ich, żeby obdzielić nie jedno, a dwa spotkania, ale los postanowił upchnąć je w ostatnie pięć minut potyczki Urugwaju z Ghaną. Na przeciwnym biegunie niż Felipe Melo znalazł się Luis Suarez – pomimo że dostał czerwoną kartkę, został bez wątpienia bohaterem narodowym Urugwaju. Kiedy w 120. minucie zobaczyłem bezwarunkowy odruch snajpera Ajaksu, który w akcie desperacji wyręczył własnego bramkarza i wybił piłkę ręką z linii pomyślałem “bez sensu, tylko odwlekł egzekucję”. Ile było w tym racji widzieliśmy wszyscy – Suarez zatriumfował, bo Asamoah Gyan nie wytrzymał presji i huknął w poprzeczkę. Co prawda chwilę potem w konkursie jedenastek reprezentant Ghany nie spudłował, ale uczynili to jego koledzy. Dzięki słabo egzekwowanym jedenastkom przez Afrykańczyków Urugwajczycy znaleźli się nie tylko w półfinale mistrzostw świata, ale i w siódmym niebie.

Swojego własnego nieba szukał w meczu z Niemcami Boski Diego, ale upadek z bardzo dużej wysokości był twardy i bardzo bolesny. Zamiast osiągnąć szczyt, Maradona upadł bardzo mocno na cztery litery i tyleż samo bramek, bo właśnie tyle nasi sąsiedzi zdecydowali się zaaplikować Albicelestes. Słowo “zdecydowali” jest tutaj najważniejsze, bo w końcówce niemiecka pancerna machina mogła rozgnieść chaotyczną Argentynę jeszcze bardziej. Maradona nie mógł nawet rzucić ręcznika na ring – zdążył już wrócić do ojczyzny jako wielki przegrany, ofiara własnej niekompetencji albo też słabej formy swoich piłkarzy i selekcji. Czy fakt, że Maradona stawiał na słabego Messiego świadczy przeciw niemu? Czy może Boskie Diego nie umiał wykorzystać należycie atutów asa Barcelony, a także… No właśnie, kogo? Maradona na Mundial zabrał siedmiu napastników i poza nimi nikogo, kto mógłby im dogrywać piłki. Przemilczeć należy występ Juana Sebastiana Verona i Maxi Rodrigueza, Javier Mascherano defensywnym pomocnikiem jest co prawda świetnym, ale w kwestii rozgrywania opanował jedynie wariant “do najbliższego”. Nic z szeroko reklamowanego talentu nie zaprezentowali Javier Pastore i Angel di Maria. Dziurawa obrona z Martinem Demichelisem i Nicolasem Burdisso, którzy nigdy nie potrafili ustabilizować formy na wysokim poziomie, tylko dopełnia obraz nędzy i rozpaczy, jaka zapanowała w Argentynie po porażce z Niemcami. Zaś germańska machina wydaje się nie do zatrzymania. Nieśmiertelny jest Miroslav Klose, a swoją turniejową formę po raz kolejny odnalazł Lukas Podolski. No i ten fenomenalny Schweinsteiger…

Niemcy w półfinale zagrają z Hiszpanią, której piłkarze niesamowicie mocno musieli się napracować, żeby przyćmić Paragwajczyków. Po nudnej pierwszej połowie mecz nabrał rumieńców i mieliśmy sporo emocji – począwszy od  niewykorzystanego karnego, powtarzanego karnego, przestrzelonego karnego i w końcu nieodgwizdanego karnego, dwa słupki w jednej akcji Davida Villi oraz niewykorzystaną setkę Roque Santa Cruza… Tak, w drugiej części meczu zdecydowanie sporo się działo, a w całym tym galimatiasie najlepiej odnaleźli się Hiszpanie, notując kolejne zwycięstwo 1:0 po usypiającej grze. La Roja na nogi postawi dopiero twarde niemieckie uderzenie, ale to niestety może być również nokaut dla piłkarzy Vicente Del Bosque.

Oby nie, bo na Niemców nie postawiłem ani grosza.

Dzień… któryś z kolei

Opublikowany w MŚ RPA 2010 - autor: playarena w dniu 22 Czerwiec 2010

Sam się gubię, który to już dzień, w każdym razie za sobą mamy drugą kolejkę fazy grupowej i wreszcie zrobiło się poważnie. Nikt się nie ociągał, faworyci wygrywali do zera i właściwie nie było wątpliwości. Coraz bliżej czuć zapach odjeżdżających z RPA drużyn.

Najmniej złudzeń zostawili Portugalczycy Koreańczykom z północy. Do przerwy przedstawiciele KRLD dzielnie się bronili, przegrywając tylko 0:1, ale już w drugiej połowie portugalska machina ruszyła, aplikując biednym (autentycznie było mi ich szkoda, biorąc pod uwagę konsekwencje…) Koreańczykom kolejne sześć bramek. Taki to już smutny los mundialowych kopciuszków. Jednak ta historia pewnie będzie mieć swój tragiczny finał, a Kim Dzong Il nie jest idealnym typem na księcia z bajki.

Mecz z Portugalią był pierwszym transmitowanym na żywo spotkaniem piłkarskim w Korei Północnej. Święto udało się więc średnio, ale ludowe władze zadbały o pozory – przy stanie 0:3 wyłączyły obraz. Zresztą, na boisku w Koreańczykach też zgasło światło.

W następnym meczu bardzo ciekawy rekord śrubowali Szwajcarzy. Otóż dzielni Helweci nie stracili gola w Mundialu od… Sęk w tym, że stracili gola we wczorajszym spotkaniu, ale swój rekord osiągnęli. Był to pierwszy stracony na Mistrzostwach Świata przez Szwajcarów gol od… 1994 roku. W latach 1998 oraz 2002 na czempionat się nie zakwalifikowali, zaś przez całe niemieckie mistrzostwa nie stracili gola – nie licząc oczywiście serii rzutów karnych z Ukrainą (co ciekawe, przegraną 0:3). Chilijczycy wykonali nie bez problemu swoje zadanie wygrywając drugi mecz z rzędu w stosunku 1:0, ale… Wciąż mają spore szanse odpaść. Potknięcie w meczu z walczącą o życie Hiszpanią może oznaczać koniec marzeń.

I właśnie swoje marzenia o mistrzowskim tytule przedłużyli wspomniani Hiszpanie. Z Hondurasem się właściwie nie męczyli, a w okolicach 60. – 70. minuty wrzucili na tak duży luz, że David Villa nie pamiętał jak trafić z 11 metrów w bramkę. Potem było spokojnie, nudno i przewidywalnie. Hiszpanie zagrali z polotem i fantazją (przez 50 minut), ale dalej mają “spore szanse odpaść”. Ostatnia kolejka w grupie H okaże się tragiczna dla jednej z trzech drużyn. Tragiczna albo po prostu H.

A dzisiaj rusza ostatnia kolejka, więc łez i dramatów będzie pod dostatkiem. WH.

Mundialowy weekend

Opublikowany w MŚ RPA 2010 - autor: playarena w dniu 21 Czerwiec 2010

Przez drugi mundialowy weekend nie robiłem żadnych wpisów, co nie znaczy, że się leniłem. Nie leniłem się do końca, bo oczywiście również jednak i na lenistwie upłynął mi czas, ale mecze śledziłem z wielką uwagą, koncentrując się jednak również na nadchodzących finałach Playareny. To już w najbliższy weekend!

Jednak miniony weekend upłynął pod znakiem całej masy afrykańskich emocji. Zaczęło się na pomarańczowo – Holendrzy wypunktowali Japończyków 1:0 w dosyć jednostajnym i sennym tempie. Być może Oranje oszczędzają siły na dalsze mecze turnieju, ale jak pokazały ostatnie mecze Mistrzostw Europy, ładowanie akumulatorów w holenderskim stylu wychodzi średnio. Jednak Holendrzy są już pewni awansu do kolejnej fazy, a Japończycy zachowują jedynie spore szanse na takowy. O wszystkim zdecyduje ich następny mecz z Danią, która pokazała się z bardzo dobrej strony w meczu z Kamerunem, ale o tym dalej. Każdy inny wynik niż zwycięstwo Duńczyków promuje Japonię.

W drugim meczu tego dnia Ghańczycy mieli udowodnić, że ich zwycięstwo z Serbami nie było przypadkowe. Udało się Afrykanom podtrzymać tendencję… strzelania jedynie z rzutów karnych. Bezbłędnym egzekutorem okazał się po raz kolejny Asamoah Gyan. Jedenastka została podytkowana za pechowe zagranie ręką Harry’ego Kewella, dla którego niestety mistrzostwa prawdopodobnie dobiegły końca, bo raczej mało prawdopodobne jest to, że Kangury wyjdą z grupy. Z gry może zresztą nawet wypaść jeszcze Ghana – a wtedy jednak wygram swój zakład dotyczący afrykańskich drużyn! Tylko, że po tym weekendzie jakoś nie mam ochoty go realizować…

Natomiast wieczorem – mówimy o meczach rzecz jasna – starli się Duńczycy oraz Kameruńczycy, którzy to bronili honoru Afryki oraz swoich mundialowych szans. Przegrana w tym meczu przekreśliła ich szansę  na dalszą walkę. Ale cóż to była za walka… Wszyscy zgodnym chórem określili ten mecz najlepszym dotychczasowym widowiskiem Mundialu i trudno się dziwić takiej opinii, bo mieliśmy okazję oglądać futbol wręcz radosny. Dawno nie widziałem takiego spotkania, gdzie obie drużyny myślały właściwie tylko o ataku. Aż przykro się robiło, kiedy przychodziła myśl, że ktoś tu musi przegrać

Po tak pięknym meczu wydawało się, że ładniej już być nie może. A jednak wyborcza niedziela przywitała nas spotkaniem Słowacji z Paragwajem, które również należało do ciekawych. Ale sam mecz nie miał wielkiej historii – Paragwaj wypunktował niewinnych Słowaków i pewnie zmierza po awans z grupy. U Paragwajczyków mogla imponować organizacja gry w ataku, której nie było widać w meczu z Włochami – widać było wyraźnie, że zawodnicy z Ameryki Południowej bali się rozwinąć skrzydła. Ale kiedy już rozwinęli, to Słowacy naprawdę nie wiedzieli co się dzieje.

A potem byli Włosi. Mecz, po którym nic już nie będzie takie samo. Mistrzowie świata starli się z drużyną, która nie miała prawa ugrać absolutnie niczego, w której dwóch zawodników w pierwszym składzie nie ma przynależności klubowej… I co? Skończyło się remisem, bohaterem całej Nowej Zelandii został bramkarz Mark Paston, który niesamowitymi interwencjami powstrzymywał włoską nawałnicę. Nowozelandczycy dzielnie się bronili i nawet niekoniecznie  można winić tutaj Włochów, bo gra im się nawet kleiła, oddawali strzały, biegali, gryźli trawę, płakali i mieli fantastyczne fryzury. Ale taka jest piłka, co brzmi jak oklepany frazes, ale idealnie było widać to właśnie na meczach Włochów oraz Duńczyków. Piękno tego sportu polega na tym, że jest nieobliczalny - z jednej strony mieliśmy mecz, gdzie maluczcy Nowozelandczycy dzięki heroicznej postawie nie dali się mistrzom świata, a z drugiej strony grę w otwarte karty, gdzie obie drużyny naprawdę grają w piłkę.

Zanim zrobi się tu ckliwie, nastąpi mała chwila otrzeźwienia. Prawdziwą piłkę pokazała Brazylia, która pomna wydarzeń w meczu z Koreą Północną, postanowiła wrzucić drugi bieg. Zresztą, Canarinhos w meczu z Iworyjczykami na chwilę wrzucili nawet chyba trzeci bieg, co sugerowałby nawet wynik 3:0, zmieniony na 3:1 przez Didiera Drogę, kiedy wszyscy Brazylijczycy zeszli już do szatni. Na prawdziwą eksplozję piłkarzy Dungi chyba trzeba będzie jeszcze trochę poczekać, ale po pierwszym nieco mylącym meczu, widać ewidentnie, że jednak są oni jednym z faworytów Mundialu. Natomiast piłkarze z Wybrzeża Kości Słoniowej zachowują iluzoryczne szanse na awans  z grupy.

Tak właśnie minął piłkarski weekend, dosyć szalony, ale bardzo przyjemny. Mam nadzieję, że za tydzień piłkarski weekend będzie równie udany.

Już teraz zapraszam na wrocławskie finały Playareny. ;)

P.S. Kartka Kace nijak się nie należała.

Dzień 8. – brutalna rzeczywistość

Opublikowany w MŚ RPA 2010 - autor: playarena w dniu 19 Czerwiec 2010

Kolejny dzień drugiej kolejki mundialowych zmagań przyniósł nam krew, pot oraz łzy. Wszystko zaczęło się od spotkania Niemców z Serbami, gdzie faworyt miał być tylko jeden. Nominalni goście spotkania dzielnie się bronili, zaś z naszych sąsiadów szybko uchodziło powietrze. Nie wiem czy to akurat powietrze znalazło ujście w zachowaniu Miroslava (a nie Mirosława) Klose w 37. minucie, ale fakt był taki, że Niemcy musieli grać w dziesiątkę. Szybko wykorzystali to Serbowie, niesieni do boju przez Zigicia oraz Krasicia, o którym ostatnio napisałem, że w meczu Ghaną miał kiepskie poczucie humoru. Nie wiem czy poprawił celność dowcipu, ale z pewnością uczynił to z celnością zagrań, bo w meczu z Niemcami należał do najlepszych na boisku.

Za to swojego dnia wybitnie nie miał Lukas Podolski, który w przekroju całego spotkania grał słabo, a przestrzelony rzut karny dopełnił obrazu nędzy i rozpaczy. Serbowie za to śrubują  dobrą średnią, bo już w drugim meczu z rzędu “robią” rzut karny, na dodatek w ten sam kretyński sposób. Nie wiem co sobie wyobrażał Nemanja Vidić…  a, nie, chwila. Chyba pisałem to samo o Kuzmanoviciu, prawda?

Mecz był również jednym z najbrutalniejszych (nie widziałem), sędzia rozdał cały wagon kolorowych kartoników. Ale to akurat nikogo nie powinno dziwić, bo głównym arbitrem spotkania był Alberto Undiano Mallenco. Za to jestem ciekaw innej kwestii – czy skoro ostatnio ta bardziej zawistna wobec Niemców część naszego wspaniałego narodu piała jak to Polacy wygrali Niemcom mecz, to teraz będziemy za nich przepraszać?

Jeżeli idzie o przepraszanie, to pozostajemy w wątku sędziowskim. Mecz Amerykanów ze Słoweńcami prowadził niejaki Koman Coulibaly. Z Mali. Cóż, może jest on całkiem miłym facetem (w żółtym mu naprawdę do twarzy), wygląda nawet sympatycznie, ale o sędziowaniu ma pojęcia takie jak ja o grze na bramce. Obu nam się wydaje, że jest ok, dopóki ktoś nas nie wyprowadzi z błędu. A błędów pan Coulibaly popełnił kilka, gwizdka używał z taką ochotą jak afrykańscy kibice vuvuzeli, zaś w końcówce Amerykanów zwyczajnie skrzywdził, nie uznając im gola.

Kilka ciepłych słów można posłać pod adresem Słoweńców, ale… tylko za pierwszą połowę. Kiedy Jankesi przycisnęli, ich przeciwnicy zupełnie się pogubili. Ozdobą spotkania były trafienia Birsy (technicznie) oraz Donovana (na siłę), z czego mi osobiście bardziej podobało się to drugie trafienie (nie to, żebym preferował rozwiązania siłowe), bo rzadko widzi się bramkarza na tym poziomie, który autentycznie boi się piłki, a Samir Handanović miał w oczach czyste przerażenie. Inna sprawa, że strzał Donovana był piekielnie mocny i precyzyjny.

W drugim meczu grupy C Anglicy mieli się  przespacerować po Algierczykach. Lwy Albionu miał zjeść Lisy Pustyni, ale niestety piaszczysty areał okazał się dla angielskich kotków trochę zbyt trudnym terenem. Zresztą, porównanie do małych bezbronnych zwierzątek jest w tym miejscu bardzo zasadne, bo inaczej poczynań Anglików się określić nie da. Za to prawdziwymi lisami okazali się Algierczycy, którzy umiejętnie przeszkadzali Wyspiarzom w ich, nielicznych zresztą, pocyznaniach ofensywnych. Koniec końców, obie drużyny oddały tyle samo strzałów i wyglądały na boisku względnie równo, co o Anglikach akurat kiepsko świadczy. W grupie C lideruje Słowenia, która w ostatnim meczu zmierzy się właśnie z podopiecznymi Fabio Capello. Algiera natomiast zachowała szanse na awans. Może sędzia znowu postanowi skręcić Stany Zjednoczone?

Krótka historia wuwuzeli

Opublikowany w MŚ RPA 2010 - autor: playarena w dniu 18 Czerwiec 2010

Znalazłem coś takiego. Może nie rozwiązuje to problemów tych koszmarnych instrumentów, ale zawsze to jakaś miła zemsta. Szczególnie interesująca jest… no cóż, końcówka.

Tydzień Mundialu minął

Opublikowany w MŚ RPA 2010 - autor: playarena w dniu 17 Czerwiec 2010

… a wciąż nie mam dość. Bo zdradzić muszę swoją wielką tajemnicę: radość z oglądania meczów mam średnią, są momenty kiedy nawet tego nie lubię. Ale kiedy już zacznę oglądać, to karnie trzymam do końca, choćby i to było spotkanie polskiej ligi (ostatnio nawet podziwiałem rozgrywki czwartoligowe) . A Mundial wchodzi mi całkiem dobrze – można zażartować, że wręcz bez popijania. Jednak dziś nie o tym.

Argentyńczycy się rozkręcili. Wiecie co teraz napiszę? Wiecie, prawda?

Ciężko pominąć zasadniczą zmianę w myśli taktycznej Diego Maradony – w meczu z Koreą cała gra Argentyna opierała się na tym, żeby w ogóle pomijać w grze Messiego i Albicelestes ten manerw opłacił się o wiele bardziej. Świetnie piłkę do pustej bramki z najbliższej odległości dobijał Gonzalo Higuain – w dużej mierze koledzy wykładali mu piłkę jak na tacy. Fatalnie po raz kolejny zaprezentował się Martin Demichelis. Niestety, z takim blokiem obronnym Argentyńczycy mistrzami świata nie zostaną – albo stoper Bayernu szybko nauczy się grać w piłkę (bukmacherzy podobno płacą fortunę za to), albo Boski Diego coś wymyśli (co ciekawe, tutaj kurs jest równie wysoki).

Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie czepił się Leo Messiego. Jak wielka presja ciąży na gwiazdorze Barcelony było widać przy trzecim golu dla Argentyny. Że Boski Leo jest samolubny wiedziałem od samego początku – ale sam sobie stworzył okazję, więc miał prawo strzelić z ostrego kąta. Kiedy otrzymał szansę na dobitkę z zerowego kąta i miał do wyboru dwóch o niebo lepiej ustawionych kolegów… Cóż, gra Messiego bardzo przypomina mi kompleks jaki w 2002 roku miał Rivaldo, który przez długi czas rywalizował z Ronaldo o tytuł króla strzelców. Na całe szczęście piłka spadła we wspomnianej wcześniej sytuacji pod nogi Higuaina i w zespole argentyńskim nie powinno być większych tarć. Ale jeżeli Messi będzie dalej reprerował swoje samopoczucie zamiast grać dla drużyny, nawet Boski Diego może pójść po rozum do głowy i młodzieńca posadzić na ławie. Ciekawe czy zniósłby to równie mężnie jak Thierry Henry?

Na grecką tragedię chwilę po mongolskim balecie w wykonaniu Korei zdecydowali się Nigeryjczycy. Po kilku popisowych kiksach Alexandrosa Tzorvasa Afrykanie objęli prowadzenie i kierownik reprezentacji Grecji już podobno zaczął wysyłać bagaże na lotnisko. Kiedy Sani Kaita troszkę zgłupiał i zamiast piłki chciał kopać Greków, pod Akropolem zapanowały stonowane nastroje. Chwilę potem Nigeryjczycy salwowali się kolejnymi cudownymi interwencjami (polegającymi na tym, że kolejni zawodnicy uparli się w niego strzelać – to takie fajne?) Vincenta Enyeamy. Po wybiciu piłki z linii po strzale Samarasa Nigeryjczykom skończyły się argumenty – przed przerwą wyrównał Dimitrios Salpingidis, a kiedy na kwadrans przed końcem Nigejrczyków ostatecznie pokarał Vasilios Torosidis, cała Grecja zapomniała o bagażach jadących na lotnisko. Enyeama w kilku sytuacjach bronił naprawdę fenomenalnie, wlaśnie przy jednym ze wspomnianych strzalów prosto w niego głos postanowiła zabrać piłka Jabulani. Ten dziwy twój natury autentycznie nabiera przy koźle nieziemskiej rotacji (to jest mój ulubiony argument, kiedy wpuszczam bramkę w jakimś meczu).

Co ciekawe, wszyscy z grupy B mają w dalszym ciągu szanse na awans, oczywiście Argentyńczycy takowy już sobie zapewnili. Jako pierwsza reprezentacja na Mundialu. Jeżeli Diego Maradona obiecał sobie, że nie zgoli brody do odpadnięcia z mistrzostw, to możemy mieć do czynienia z prawdziwym wizerunkowym faux-pas.

Ostatnim meczem tego dnia było starcie Francuzów z Meksykanami. O ile Trójkolorowi zachowywali w meczu z Urugwajem jakieś pozory, o tyle w dzisiejszym spotkaniu zupełnie sobie darowali. William Gallas oraz Eric Abidal bez ogródek swoją grą przyznawali, że gra na spalonego to ponad ich siły, szczególnie w okresie wakacyjnym. W wakacyjnym nastroju był również Nicolas Anelka, brakowało mu tylko bidonu z  palemką i jakichś delikatnych hawajskich wzorów na reprezentacyjnym trykocie. Meksykanie ciężko harowali na boisku niemalże wywalczyli awans. Bo sytuacja w grupie A jest, jak to się mówi w naszych kręgach, “arcyciekawa“.

O kolejności w tabeli decyduje bilans bramkowy, a w dalszej kolejności większa ilość strzelonych bramek i dopiero potem bilans bezpośrednich spotkań. Co to oznacza? Jeżeli w spotkaniu między Urugwajem a Meksykiem nie padnie remis i któraś z drużyn zdecyduje się jednak zawalczyć o pełną pulę, Francji wystarczy czterobramkowe zwycięstwo nad gospodarzami. Biorąc pod uwagę fenomelną formę Francuzów na tym turnieju, pokonanie Afrykanerów nie będzie żadnym problemem! A i ci chyba by chcieli na sam koniec swojej mundialowej przygody o coś zawalczyć. Czy więc karty w grupie A są rozdane?

Najlepsi z tej grupy zmierzą się z najlepszymi z grupy B. Tak więc scenariusz, że ktoś z dwójki Meksyk-Urugwaj będzie chciał, mimo wszystko, uniknąć starcia z Argentyną (prawie na pewno pierwszą w grupie B) jest dosyć prawdopodobny. Kto straci, kto wygra, kto zostanie bohaterem, kto odda mi kasę wyrzuconą na Hiszpanów i Anglików?

P.S. Wszystkich afrykańskim drużynom bez mała, nawet Ghanie dedykuję ten utwór w wykonaniu Shakiry.

Następna strona »

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.