Kim jest sportowiec?
W poprzednim wpisie obiecałem zająć się tematyką relacji sportowców i “zwykłych ludzi”, więc najwyższa pora dotrzymać słowa. Napisałem, że sportowcy są produktami rynku rozrywki. Od razu muszę się kajać, bo to zdanie jest drastycznym uproszczeniem. Ale po kolei.
Napisałem, że znakomita większość z nas zna sportowców z relacji – internetowych, telewizyjnych, czasem prasowych (ktoś jeszcze czyta gazety, prawda?) i różnych innych dziwacznych źródeł takich jak śledzenie swojego wybrańca i robienie mu fotek w supermarkecie. Sportowcy to też ludzie, nawet w dużej mierze podobnie skonstruowani do nas – taki piłkarz oprócz 90 minut meczu raz na 3 dni (7 dni, jeżeli mówimy o Polsce, z wyłączeniem 3 miesięcy zimowych) ma całkiem sporo czasu, który jakoś gospodaruje. Taki facet je, śpi, chodzi na zakupy i do łazienki tak samo jak my – z tą różnicą, że w większości przypadków zarabia masę kasy i jest idolem iluśset tysięcy ludzi. Dlaczego?
Czy fakt, że w napastniku, który dla klubu strzela 20 bramek w sezonie kocha się pół miasta (głównie męska cześć!) wynika z tego, że jest to ładnie oprawione i sprzedane czy miłość ze strony kibiców nakręca koniunkturę na koszulki, figurki, plakaty i ręczniki z wyhaftowanymi podobiznami bożyszcza? Pomimo iż jest to sprawa drugorzędna, to warta rozważenia. Powiedzmy sobie szczerze – bez kibiców sport by nie istniał. Bez mediów nie istniałaby cała rzesza kibiców. Dawniej, kiedy jeszcze telewizja nie była tak powszechna, a o internecie nikt nie słyszał (nie wiem czy potraficie sobie to wyobrazić), kibicem drużyny w większości przypadków mógł być “miejscowy” – ktoś kto mógł zobaczyć swoją ukochaną drużynę w akcji na żywo, “dotknąć” ją, śpiewać wraz z innymi kibicami po zwycięstwie. Kiedyś kultura kibicowska była zupełnie inna – kiedyś chodziło się na stadion i za swoją drużyną jeździło na wyjazdy. I potem się stało…
Upowszechnienie środków masowego przekazu sprawiło, że pojawiło się wielu kibiców “niemiejscowych”, a więc baza potencjalnych kibiców dla klubów i sportowców znacznie się zwiększyła. Kto nie widząc nigdy na oczy Realu Madryt mógł mu kibicować? W czym można się zakochać? W opowieściach i zdjęciach? Ok – jest na to szansa, ale w takim wypadku nasza miłość jest idealistyczna i raczej czujemy coś do figury myślowej, którą sobie sami tworzymy. Od czasu kiedy można oglądać mecze zagranicznych drużyn w telewizji, internecie i Bóg jeden wie gdzie jeszcze, kluby i sportowcy mają możliwość pozyskania kibiców na całym świecie. A skoro cały świat się chce w to bawić, to prawdopodobnie do wzięcia jest duża kasa.
Teraz już nie trzeba widzieć piłkarza na żywo na fantastycznym stadionie – dzisiaj tego piłkarza dostarcza się nam do domu, ładnie opakowanego, skomentowanego i z masą telewizyjnych powtórek. Oczywiście nie za darmo – za swoją miłość, jak to w życiu, trzeba słono płacić. Nie przez przypadek sprzedaż praw telewizyjnych to w dalszym ciągu lwia część budżetu drużyn – ludzie chcą oglądać swoich idoli. Chcą również kupić koszulkę z nazwiskiem swojego ulubieńca i owinąć sobie twarz szalikiem z emblematem ulubionej drużyny, kiedy będą dewastować ławki w parku. Kto im zabroni mieć nazwisko piłkarza X na plecach? Piłkarz X nawet gdyby miał wątpliwości natury moralnej, został opłacony tak dobrze, że jego sumienie już dawno kupiło posiadłość na Lazurowym Wybrzeżu i wzięło długi urlop i myśli nad rozwodem z wyrzutami sumienia. Interes się kręci.
A my to kupujemy. Kupujemy za ciężką kasę masę gości, którzy “poświęcili swoje życie dla futbolu”. Dysproporcja w zarobkach piłkarzy i szarych śmiertelników wcale nie jest tak ogromna ze względu na ich poświęcenie, ryzyko kontuzji czy inne serwowane nam bzdury. To wolny rynek - produkt jest warty tyle, ile ktoś jest gotów za niego zapłacić. Prezesi klubów mają księgowych i oni naprawdę umieją całkiem nieźle manewrować liczbami, szczególnie tymi, które kończą się sześcioma zerami. Zapłacenie kilkuset tysięcy euro takiemu grajkowi przekłada się na zysk – gdyby nikt nie chciał oglądać piłkarzy, to oni by nie wyciągali tyle na tym interesie. Dlaczego istnieje taka dysproporcja w zarobkach piłkarzy i – tu wstaw reprezentantów dowolnej niemedialnej dziedziny. Odpowiednio mniej zarabiają piłkarze ręczni (ale ich ktoś jeszcze ogląda), dużo zarabiają koszykarze (ale ich z kolei ja nie oglądam), a ledwie wiążą koniec z końcem mistrzowie olimpijscy – bo ich wielki moment przychodzi raz na 4 lata, a nie co weekend…
Tu więc pojawia się kolejny problem. Obok tego kim jest sportowiec (bo tego tematu nie wyczerpałem) należy się również zastanowić co tak naprawdę jest sportem i ile w tym produkcie jest opakowania.
Bądźcie czujni, już niedługo ciąg dalszy. ;)
Skoki, czyl słit focie Stocha
Skoro trwa zima i nie można zajmować się “normalnymi” sportami, to wypada (w końcu!) ukłonić się w kierunku zimowych. A cóż jest polską specjalnością w zimie jak nie skoki narciarskie?
Zakopiański trzydniowy maraton zakończony w najbardziej niespodziewany sposób skłonił mnie ostatecznie do napisania paru słów o skokach, których pasjonatem jestem od dawna (chwalę się często tym, że jestem jednym z niewielu, którzy po “erze Małysza” pozostali przy skokach). Tyle przechwałek i czczego gadania.
W ten weekend mieliśmy okazję oglądać triumfy dwóch polskich zawodników w konkursie Pucharu Świata, co ostatni raz zdarzyło się ponad 30 lat temu. Obok suchej relacji sportowej interesuje mnie jednak to wszystko co dzieje i się stanie się obok całego narciarskiego zamieszania. Bo wielkim wygranym tego weekendu jest Kamil Stoch, który od dawna zapowiadany jest jako następca Adama Małysza. Stochowi dotychczas jednak szło jak po grudzie i najczęściej kiepskie przygotowanie psychiczne nie pozwalało młodemu (ale już nie najmłodszemu!) zawodnikowi odpowiednio znosić presji. A wśród swoich – proszę bardzo. Można powiedzieć jak nasza młodzież: “ale urwał”. Urwał również Adam Małysz, który triumfował w sobotę, natomiast w niedzielę mało co nie urwał nogi, zaliczając poślizg przy lądowaniu. Upadek naszego mistrza wyglądał tragicznie, ale skończył się na zwykłym stłuczeniu kolana. I teraz zaczyna się najlepsza część opowieści.
Specjalnie oglądałem kilka różnych serwisów informacyjnych i chyba zaliczyłem ich dzisiaj aż cztery (żyć nie umierać, co?), żeby zobaczyć jak będzie przedstawiany news z relacją zakopiańskich zawodów. I co? Tematem numer jeden był upadek Adama Małysza. Przypominam, że nasz mistrz nie zakwalifikował się do II rundy konkursu. Jednak to jego występ, a nie największy triumf w karierze Kamila Stocha był najgorętszym tematem na informacyjnej giełdzie. Nie był nawet drugim w kolejności newsem, bo dalej TVP i TVN poinformowały mnie o stanie zdrowia Orła z Wisły oraz o tym, że nic mu nie grozi. Świat więc mógł odetchnąć z ulgą. Dalej standardowo, suchym komunikatem informowano o zwycięstwie Stocha. Jakby zupełnie niechętnie, właściwie nie dostrzegając tego.
CO JEST DO CHOLERY?! Pierwszy raz od miliona lat polski skoczek, który w dowodzie osobistym akurat nie ma wpisane “Małysz” zajmuje miejsce na podium, a nawet wygrywa konkurs, a i tak ważne jest to co się stało jednak Małyszowi. Rozumiem - szacunek, wartość medialna i jednak pewne priorytety. Adama Małysza podziwiam i złego słowa o nim powiedzieć nie pozwolę – ale na Boga, dlaczego media na siłę robią z niego temat numer jeden? Niedziela to dzień Kamila Stocha, który zdeklasował rywali na skoczni. A media i tak są bardziej promałyszowe niż można by to sobie wyobrazić.
Z tego bierze się kolejna bolączka wszystkich tych, którzy skokami chociaż w minimalnym stopniu się interesują. Ile raz już musieliśmy się nasłuchać, że Adam owszem skoczył słabiej, ale to przez ten wiatr, inni mieli lepsze warunki i w ogóle… Przykro mi, ale niezależnie od warunków taki Morgenstern wygrywa cały czas. Panowie dziennikarze (niestety, kolegami nie jesteśmy) – wyluzujcie. Zamiast robić z Małysza na siłę faworyta i głównego kandydata do zwycięstw usiądźcie na chwilę i zastanówcie się. W sporcie nie można być na topie przez całe życie (prawda?). Teraz zajadę napinaczem internetowym: “Adam Małysz się skończył”.
Oczywiście niemiło czyta się takie zdania, szczególnie jeżeli zastanowi się kto jest ich autorem, tym niemniej… wypada się nad nimi zastanowić. Przyjrzyjmy się karierze Małysza – zwycięstw od cholery, miejsce w historii skoków zagwarantowane. Podejrzewam, że w co drugiej knajpie w Polsce Orzeł pije za darmo – o ile oczywiście pije, a pewnie nie pije. A szkoda. Bo czasem na trzeźwo ciężko znieść gadanie dziennikarzy, którzy na siłę udowadniają swoje zdanie.
Do czego zmierzam? Sportowiec dla zwykłego zjadacza chleba jest tworem dosyć efemerycznym – 80% ludzi na świecie nigdy swojego idola nie zobaczy na żywo, 90% nie zrobi tego z odległości mniejszej niż 10 metrów (swoją drogą, wiecie jaki wielki brzuch ma Alessandro Del Piero na żywo? to znaczy – zza płota z odległości 10 metrów?), a 99% nie zamieni z nimi nigdy słowa. Sportowiec jest produktem marketingowej machiny i ma odbiorcy zasadniczo dostarczać radość i napędzać maszynkę. Jest trybikiem. Małysz jako produkt przemysłu rozrywkowego swoją porcję radości ze zwycięstw nam dostarczył i teraz ewidentnie wyrabia nadgodziny - i to jak wyrabia. Osobiście uważam, że nie mamy prawa wymagać niczego więcej i powinniśmy być wdzięczni za taką postawę i każdy dobry występ Adama Małysza.
Żeby dobrze zrozumieć mój tok myślenia trzeba sobie uzmysłowić w którą stronę ewoluował sport i czym właściwie jest. Ale o tym następnym razem.
P.S. Ciekawe czy czeka nas teraz Stochomania?
Sport to zdrowie!
Chyba każdy zna to nieco trywialne zawołanie. Mające stanowić zachętę do podjęcia aktywności sportowej hasło jest tyleż popularne co… głupie. Każdy kto choć trochę w swoim życiu bawił się w sport będzie wręcz bronił tezy zgoła odwrotnej – sport ze zdrowiem nie ma absolutnie nic wspólnego.
Zanim jednak zacznę wylewać swoje gorzkie żale na strony bloga, pragnę sprostować – jeżeli dla kogoś sportem jest poranne wyjście raz w tygodniu na jogging, by wraz z jutrzenką i śpiewem ptaków witać nowy dzień, to nie mam najmniejszego zamiaru się kłócić. Sport to zdrowie. Chyba, że ktoś Was napadnie, zabierze mp3-kę i ulubione trampki – ale komu by się chciało z samego rana, nie?
Mam na myśli zupełnie inny sport, może jeszcze nie taki przez duże “S”, bo ten już w ogóle jest totalną antytezą zdrowia w jakimkolwiek wymiarze – od tego pojmowanego potocznie poprzez wszelkie stany psychofizyczne. Każdy, kto częściej niż raz na rok gania za piłką, biega, gra w kosza, jeździ na nartach albo robi Bóg jeden wie co jeszcze jest narażony na wszelkiego rodzaju urazy i nieprzyjemnośći. Niby nie odkrywam tu niczego nowego, ale gdzie tu miejsce na zdrowie?
Utarło się, że 90% kontuzji w piłce nożnej to błędy w rozgrzewce, gdzie jako błąd traktowany jest również… brak rozgrzewki. O ile tak zwane błędy w sztuce da się wyeliminować i przede wszystkim można nad nimi panować, o tyle nad tak zwanym (nomen omen) elementem losowym panować już nie damy rady. O czym mowa?
Nikomu tego nie życzę, ale zapewne większość z Was zmagała się, zmaga lub zmagać będzie z jakąś kontuzją. I zapewne większość z tej większości sama sobie krzywdy nie zrobiła. Bo wbrew przytoczonej wyżej statystyce, na poziomie amatorskim większość kontuzji wywoływana jest niestety przez kontakt z przeciwnkiem, na dodatek niezbyt przyjemny w przebiegu i skutkach.
Nie wspomnę tu już o sytuacjach kiedy podczas meczu można, mówiąc językiem parlamentarnym, dostać w papę. ;)
Konkluzją tych rozważań niech będzie zatem jakże swojski i górnolotny apel – szanujmy swoje kości nawzajem podczas wszelkich rozgrywek sportowych. Walka jest walką, ale mnie po ostatnim wciąż niemożebnie boli łeb. ;)
