Świąteczne przesłanie
Nie bardzo lubię dorabianie ideologii do Świąt Bożego Narodzenia, nie bardzo też lubię powtarzany truizm o “komercjalizacji (?) Świąt”. Nieważne po której stronie barykady jesteście – istotne jest to, żeby nie przesadzić, a więc nie lukrować za bardzo ani nie narzekać na ten wyjątkowy czas roku za bardzo.
I przede wszystkim tego chciałbym wszystkim życzyć – luzu i tego, żebyśmy nie popadali w skrajności. Przestańmy mówić, że to najgorszy rok polskiej piłki, że mamy najgorszą zimę od 1000 lat, że Lech to najlepszy polski klub, a Smuda to najbardziej przereklamowany selekcjoner i tak dalej. Zachowajmy umiar – zarówno w swoich sądach oraz… przy świątecznym stole.
“Święta wydają się być nieuniknione” jak powiedział klasyk. Więc nie marudźmy – Ci, którzy są z reguły “anty” mają do przeżycia 3 dni, więc… ryjek w talerz, a optymiści i Ci słodcy niech nie składają mi tylko zbyt długich życzeń. :) Ja będę gdzieś w środku tej stawki, obiecuję nie marudzić za bardzo.
Z tych standardowych życzeń, pozostaje mi niedużo. Na marzenia chyba jestem za stary (albo zbyt zblazowany), to pożyczę niejako sam sobie i Wam – sukcesu rozgrywek Playarena, bo opłaci się to nam wszystkim – kibicom polskiej piłki.
Za rok chciałbym Wam składać życzenia jako człowiek sukcesu. ;)
Wesołych!
A jednak się kręci
Dla wszystkich tych, którzy już otworzyli szampany, w związku z informacjami o mojej śmierci – niestety. Żyję, a co gorsza mam się dobrze. Już niedługo wracamy z aktualizacjami bloga na bieżąco.
Dotychczas zajmowaliśmy się akcją Wielki Dzień Naszej Piłki. Gdyby któremuś z moich wszystkich trzech stałych użytkowników (pozdrawiam Mamo!) umknął ten fakt – zapraszam na stronę akcji na Facebooku.
Wielkiego futbolu czar… na piątym piętrze
Playarena to serwis, który umożliwia ludziom grę w piłkę. Tworzymy go, dopieszczamy, nadajemy rozgrywkom jako-taki bieg, potem nie śpimy trzy dni w trakcie finałów i tak dalej. Ale przecież nie jest tak, że my też nie gramy, prawda? Kto inny jak nie pasjonaci piłki mogł zacząć tego typu projekt? Nie chciałbym za bardzo naciągać historii, ale tak się składa, że większość z nas w biurze gra w piłkę i całkiem dobrze… się z tym czujemy. Bo z efektami, jak to w życiu, jest oczywiście różnie.
Nie będę oszukiwał – nie jesteśmy wybitnymi piłkarzami, Bóg jeden wie czy nawet jesteśmy piłkarzami. Ale gramy – niemal wszyscy. Piszę “niemal”, bo jak zwykle odstają programiści, ale o nich już było. Po prostu tak już mają i tyle. Ktoś tam jeszcze ma jakąś wymówkę, ale wyjątek tylko potwierdza regułę. Jak to więc wygląda w praktyce?
Wszystkich nas można spotkać w rozgrywkach wrocławskiej Playareny. Oczywiście – jak na wybitnych piłkarzy przystało – pierwszej ligi. Pomyli się jednak ten, kto pomyśli, że gramy w jednej drużynie. Na co dzień tworzymy zgrany zespół, ale kiedy nasza znajomość przenosi się na boisko – nie ma zmiłuj. Jak na tak małą przestrzeń pracy (kilkanaście osób upchniętych w ćwiartce biura), podziałów jest aż za dużo. Na pięć aktywnie grających w biurze osób przypadają aż cztery drużyny! Można się czasami pozabijać…
Oczywiście ciągle sobie dogryzamy, a ostatnio nasza rywalizacja nabrała zupełnie nowego smaku, bo gramy również na dużych boiskach. Co prawda tutaj również gramy w pierwszej lidze, ale… od końca. Nic to jednak – nam to sprawia radość i dostarcza powodów do coraz większej ilości żartów. I wrednych uwag! Dosłownie przed chwilą jeden z nas rzucił, że drużyna kolegi niedługo będzie miała więcej zarejestrowanych zawodników niż Playarena. :) 40 osób to kadra za duża nawet na trzy fronty, prawda?
Wesoło nam tu, na piłkę też mamy czas, ale najwyższa pora wrócić do roboty. Przynajmniej na moje szczęście, moja praca w dużej mierze pokrywa się z hobby. I myślę, że w imieniu reszty mogę powiedzieć to samo.
Ale chyba zrobiło się zbyt słodko.
P.S. Oczywiście nie jest tak, że Józefowi Wojciechowskiemu nie może się oberwać, kiedy nadchodzi na to pora, ale tą sprawą zajmę się w swoim czasie. Panie Józefie – Kubek czuwa! Trener Bakero już do nas pisał maile – i my na pewno będziemy chcieli z nim rozmawiać.
Jeszcze jeden cudowny poranek, czyli jak się pierze brudy
Dziś jest kolejny z tych dni, kiedy nawet zjawiam się w biurze z samego rana. Jak się okazało – w sumie tylko ja.
O godzinie 8.15 mieliśmy się zebrać na scrum (mądre słowo, powtarzam za Wojtkiem). Oczywiście zaspałem i musiałem lecieć z wywieszonym ozorem przez całe miasto, wpadając do biura efektownym sprintem. Bo z porannymi scurmami wiąże się jeden dowcip – spóźniający się płaci. Na początek 5 zł, a potem w postępie geometrycznym dwa razy więcej. Znając moją miłość do rannego wstawania, skończy się gorzej niż granie progresją u bukmachera.
W każdym razie – oczywiście nikt oprócz mnie w biurze się nie zjawił na umówiony scrum, bo został on przełożony, o czym dostałem informację. Szkoda, że nie podjąłem trudu sprawdzenia poczty.
Oczywiście nie byłem pierwszy w biurze. Obecny już był znany Wam z poprzedniego postu Karol, ale również Piotrek. Piotrek, z racji zamiłowania do rannego wstawania, jest niemal na równym poziomie dziwactwa w moim rankingu co Karol. Właściwie ma tylko jeden atut – nie jest informatykiem, a – najprościej ujmując – ekonomistą. Jest to stwierdzenie bardzo krzywdzące, bo oprócz pomnażania zysków Playareny na rynkach azjatyckich, Piotrek posiada również cały szereg innych umiejętności. Oprócz brawurowej jazdy na rowerze, umiejętności samodzielnego przeniesienia lodówki i zginania metalu gołymi rękami (kiedyś naprawialiśmy płot na Polach Marsowych – naprawdę nie pytajcie) zajmuje się rzecz jasna naszymi finansami, czyli robisz coś z niczego.
Natomiast z mojej strony nie będzie żadnego fragmentu o spaniu (dzisiaj), bo mam sporo rzeczy do zrobienia. Naprawdę!
P.S. W związku z tym, że nie mogłem znaleźć żadnego dobrego obrazka związanego z praniem, które w żadnym wypadku nie jest tematem tego wpisu, wrzuciłem kota w pralce. Prawda, że jest uroczy?
Kto rano wstaje… czyli jak oberwać z partyzanta z samego rana
Dzisiaj postanowiłem przyjść do biura wcześnie. Bardzo wcześnie. Jak na mnie – nienaturalnie wcześnie.
Jedni nazywają to lenistwem, inni dysfunkcjami snu. Ja natomiast lubię to nazywać optymalizacją czasu potrzebnego na regenerację organizmu. Fakt, że nie mam po czym się regenerować wskazywałby na lenistwo, ale przecież nikt nie wnika w szczegóły.
W każdym razie, pomimo snu sklejającego me oczy i wyraźnych przeciwności po drodze, dotarłem do biura. Oczywiście nie byłem pierwszy – o takim osiągnięciu mogę tylko pomarzyć, bo pierwszy zawsze jest Karol, jeden z naszych programistów. Powoli zaczynam podejrzewać, że ma on coś z seryjnego mordercy ;), bo niemal zawsze przychodzi do biura o 6.00. Oczywiście, przy tym wszystkim Karol jest informatykiem, więc takie rzeczy jak nienaturalne godziny funkcjonowania można mu wybaczyć. Ale żeby zrywać się do pracy o 5 rano?
W biurze zastałem jeszcze naszego grafika Tomka, który najwidoczniej również cierpi na nadmiar wolnego czasu, bo – jak sam mówi – woli wcześniej przyjść do pracy. Czy w tym gronie jest ktoś, kto sobie ceni sen i inne wartości w życiu?! Ale Tomkowi takie zachowania można wybaczyć – pomimo wyglądu nastolatka jest z nas tutaj najstarszy, więc chyba wie co robi. ;)
Dalej nie będę kontrolował co takiego dzieje się w biurze, bo w nagrodę za tak wczesne przyjście do pracy… prześpię się chwilę. Miłej nocy!
P.S. Tylko czekam aż któryś do przeczyta i oberwę z tak zwanego partyzanta.
Kolejny dzień zmagań z ekipą filmową
Nawet nie wiecie ile rzeczy trzeba załatwić po nakręceniu materiału. Nie mówię nawet o oglądnięciu wszystkiego i zmontowaniu czegoś sensownego – nie, my mieliśmy całą masę problemów z uzyskaniem materiału. Przede wszystkim – całości materiału.
Częściowo nam się to… nie udało. Parę wywiadów i Waszych zagrań na pewno gdzieś uciekła ekipie filmowców. Dla nas to też niezbyt wygodne, bo swoje żale niestety wylejecie na nas. Postaramy się jednak uratować film z tego co mamy. Jedna tylko prośba: nie krzyczcie jeżeli ktoś będzie pominięty. :)
Sytuacja dla nas też jest trudna, bo mierzyliśmy w Oscara, a mamy za mało ujęć “au-au-au”, żeby dostać nominację za efekty dźwiękowe. Obiecujemy jednak, że z tego co zostało ulepimy najlepszy możliwy materiał!
Jak to wygląda naprawdę?
Dzień jest gorący, wybitnie nie sprzyja ciężkiej pracy. Ale nie u nas. W biurze Playareny praca wre!
Pewnie wielu z Was zastanawia się jak właściwie wygląda to od środka. Kim jesteśmy, jak pracujemy, kto jest kim tutaj… Oczywiście nie mogę powiedzieć Wam wszystkiego, ale od czasu do czasu będziecie dostawać skrawek informacji. Więc bądźcie czujni i szukajcie informacji o nas.
W tak, jak już napisałem, gorący dzień położenie naszego biura jest bardzo niekorzystne. Urzędujemy w jednym z wrocławskich biurowców w centrum miasta. Na 4. piętrze (CZWARTYM! – na szczęście tylko jedno piętro trzeba przejść po schodach). Podobno mamy w biurze klimatyzację, ale w ramach oszczędności przed finałami nie wolno nam jej używać. ;)
Biurko obok mnie siedzi Łukasz, który odpowiada za program Ambasador. Tak, tak – ten sam, który Was bombarduje toną maili i męczy Was wiadomościami na forum. W tym momencie (właściwie to w każdym momencie) jest średnio zainteresowany pracą. Podobno moja obecność w biurze tak na niego działa. Razem z Łukaszem mamy swoje zdanie i pseudonim dla każdego tutaj w biurze. Z miłą chęcią ujawnię Wam wszelkie plotki w przyszłości. ;)
Są tutaj jeszcze inni przedstawiciele Playareny i inne układy towarzyskie, ale o nich dowiecie się następnym razem. ;)
P.S. Łukasz niestety przenosi swoje nawyki z Ambasadora na nas. Próbuje nas ustawiać i gonić nas do pracy (pomimo swojego lenistwa) i dzięki temu doczekał się mało chlubnego pseudonimu. Próbujcie zgadnąć jakiego.
